Menu

o kanibalach

blog literacki

miranda_7

Przeczytawszy po raz pierwszy 'Bibliotekę Babel' Borgesa byłem zachwycony ideą kompletnej biblioteki, gromadzącej wszystko co możliwe do napisania w każdym języku. I bardzo przypomina ten obraz wizję biblioteki z 'Imienia róży' Eco - pustej i niedostępnej. Myślę, że w owym czasie dość przygnębiający (jak myślę dzisiaj) obraz języka jako samowystarczalnego tworu do produkcji tekstów, do zapisywania słów - choćby takich, jak 'axaxaxas', które może znaczyło coś w którymś z istniejących kiedykolwiek języków, znaczy coś teraz, bądź będzie coś znaczyło w przyszłości - i rejestrowania ciągów znaków - na przykład 'dhcmrlchtdj', także może znaczących - był dla mnie pociągający i odpowiadający przekonaniom, czym język jest.

Dzisiaj patrzę na rzecz inaczej. Jako wizja, może Borgesowska idea uwodzić swoją radykalnością, w wielu szczegółach jest niezmiernie ciekawa (na przykład - 'samojedzko-litewski dialekt języka guarani z fleksją arabskiego klasycznego - żart to, czy poważna sprawa?), jednak zdaje mi się fałszywa. Jest fantasmagorią wywiedzioną z umysłu w ścisłym znaczeniu pisarskiego. W bibliotece Babel panuje cisza, bo nie ma w niej ludzi; opiekunowie zbiorów wydają się raczej cieniami, duchami krążącymi wokół książkowych trucheł. Czy język może się jednak obejść bez istot, które się nim posługują? Kiedy już zaistnieje, a co ważniejsze znajdzie swoją reprezentację w piśnie, można go myśleć jako byt niezależny, w którym dokonuje się produkcja wypowiedzi niezależnie od użytkowników, poza nimi. Tylko wtedy chyba. Mimo to nawet książki, by żyły, muszą być czytane. Pismo musi być czytelne - jeśli wiemy, że istnieli użytkownicy pisma linearnego A i znamy nawet dźwięki, którym odpowiadają poszczególne znaki, pozostaje dla nas nieczytelne, bowiem nie potrafimy zidentyfikować języka, który reprezentowało.

Język nie istnieje bez swoich użytkowników, choćby odległych w przestrzeni czy czasie, i nie da się zredukować do pisma, zamknąć w tekstach - wyczerpać. Jest zdarzeniem w świecie nie posiadającym granic i końca. Biblioteka Babel jest przygnębiającym pomysłem, bo wieszczy, że wszystko, co mogłoby być powiedziane, już powiedziane zostało, cokolwiek mogłoby być pomyślane, już pomyślane zostało. Tymczasem język rozumiany w odłączenia od swojego zapisu, jako niezależne zdarzenie, w swojej ulotności wciąż się odnawia. Znaczenia się odświeżają w każdym użyciu, bo w nim dopiero się realizują.

Jeśli więc nieskończoność biblioteki Babel zasadza się na tym, że wszystko jest już zapisane, nawet jeśli nikt tego jeszcze nie zrobił faktycznie, że pisanie jest przepisywaniem już istniejącego jako potencja tekstu, tak zdaje mi się, że nieskończoność języka jako mowy znaczy wymyślanie go na nowo, za każdym razem od początku.

© o kanibalach
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci